czwartek, 23 marca 2017

Kartka z kalendarza wirtualnejmoni. Wiosna przyszła, ale to nie będzie o wiośnie.


Mądrego to zawsze miło posłuchać. Albo poczytać. I mnie, całkiem niedawno, dane było zachwycić się tekstem tyle zwięzłym, co treściwym, który wywarł na mnie wrażenie do tego stopnia, że muszę o tym napisać. No, ale żeby nie było, że tak z dupy wyjeżdżam i nie wiadomo, o co chodzi, to nakreślę tło, żeby było wiadomo, o co chodzi.
Od pewnego czasu jestem członkiem fejsbukowej grupy ogrodomaniaków. Tak, tak –  ogrodnictwo to moja miłość i możecie sobie odtąd imaginować mnie w słomkowym kapeluszu, flanelowej koszuli i trzewikach farmera  oraz z konewką w jednej, a grabkami w drugiej dłoni. Po prawdzie to częściej używam łopaty i sekatora, ale tamte akcesoria wydają mi się bardziej twarzowe, więc wyobrażajcie mnie sobie z grabkami. 
No, ale do rzeczy. Otóż w tejże grupie pojawił się ostatnio post  - prośba, by w miarę możliwości opisywać wstawiane zdjęcia, czyli przedstawiać z nazwy prezentowane rośliny. Pod postem pojawiło się sto milionów komentarzy poparcia, że tak, że słusznie, że jeśli ktoś wie, to niech od razu pisze, a nie czeka na pytanie, co to za zielsko. A jeszcze, że przecież grupa jest po to, by pozyskiwać informacje, dzielić się wiedzą i wymieniać doświadczenia, więc starajmy się, by nasze posty były dla innych użyteczne… I takie tam… Jednym słowem - nudy. Przelatywałam sobie pobieżnie kolejne komentarze i właściwie już miałam dalej nie lecieć, bo zrobiło się monotonnie, kiedy zza winkla wyskoczyła taka perełka: „bez sensu niemożna rządać podpisywania bo jak sądze większość z nas nie zna swoich roślin i nie będzie wiedziała co podpisać”*)
Ta daaaam! Czy to nie piękne? Kurna, nie wiem, czy gość już się taki mądry urodził, czy to kwestia doświadczenia i lat przemyśleń, ale stał się moim idolem – Januszem w ogrodzie.

Janusz zapisał się do grupy ogrodomaniaków, żeby się dowiedzieć, jakimi tujami najlepiej obsadzić działkę, żeby szybko rosły i zasłoniły go przed sąsiadami, jak przyjdzie w sobotę ze znajomymi robić gryla. Poza tym na działce ma trawnik, który regularnie kosi, a kiedy kosi, to trawa czasem pryska spod kosiarki i potem Janusz ma dużo źdźbeł między palcami w nogach, jak zapomni założyć skarpety do sandałów. Dlatego stara się nie zapominać.
Kiedyś Janusz przyniósł na działkę taki patyk, bo sąsiedzi też tak robią. No i ten patyk na jednym końcu miał takie zielone, a na drugim takie brązowe jakby włosy. Od tej strony z włosami patyk nie był za ładny, to go Janusz tą stroną do ziemi wsadził i zakopał, żeby nie było widać. Potem jeszcze parę razy tak zrobił, bo sąsiedzi też tak robią. Po jakimś czasie patyki urosły i Janusz może już zacząć chwalić się swoim ogrodem na forum. To moje królestwo, lubi mawiać. Tu są kwiatki. Nie wiem, skąd się wzięły. Tam są krzaki. Sam żem sadził. A tam mam ławeczkę, gryl i turystyczną lodówkę na piwo.

Można? Można.
A ja tu, jak głupek, studiuję mądre teksty o gatunkach i odmianach. Chodzę posrana, czy pH gleby odpowiednie, czy próchnicza, czy przepuszczalna, czy stanowisko w sam raz, czy nawóz będzie krzaczkowi smakował, a to tu to bardziej przędziorek czy mączniak? Podlewam, chucham i dmucham, a nawet, w tym szaleństwie, uczę się prawidłowo przycinać gałęzie – tak jakby to była jakaś filozofia. A przecież już nawet dziecko potrafi ułamać gałązkę z krzaka, a jakby go na dłużej spuścić z oka, to nawet wszystkie. Mądrzymy się jedni przed drugimi  o kopcowaniu, ściółkowaniu i wertykulacji. A przecież rośliny o tym nie wiedzą. Będą chciały, to będą rosły, a jak im się nie będzie chciało, to zrzucą liście i pokażą nam fakolca suchym pędem. Tak zrobią, mówię Wam. A Janusz pierwszy to rozkminił.

A jednak, cholera, ubodło mnie twierdzenie Janusza, że nie znamy swoich roślin.
Ja nie znam? Ja nie znam???
Żeby Wam wszystkim, a zwłaszcza Januszowi, udowodnić, że znam je doskonale, pozwolę sobie jednym tchem wymienić, z konieczności (bo pora już późnawa) ograniczając się tylko do drzew i krzewów. No to tak (od lewej): Leszek, za nim Hipis, Pier, Marysia, dalej Ela, za nią Jadzia, Bella, Miłek, Megi i Tuliśka, a po prawej: Renia, Antolka, Riko, Juno, Lila i Lala, Kadet, Znajda, Nadzieja, Bliźniaki i Maciek.

I co, Janusz? Głupio ci teraz?



*) Janusz jest typem ortograficznie niepokornym. Zachowano oryginalną pisownię.




piątek, 30 grudnia 2016

Kilka zapisków z życia ludzisków... refleksje Kędziorka...



Kiedy trzasnęły drzwi, Kędziorek odetchnął. 
Sapnął tak głośno, że sam się tego wystraszył i momentalnie głęboko wciągnął powietrze z powrotem do płuc, pragnąc zawrócić ten oddech ulgi i towarzyszący mu dźwięk. Ona mogła to usłyszeć. Mogła wrócić…
Doświadczenie podpowiadało Kędziorkowi, że taka przedwczesna radość mogła się źle skończyć. Kędziorkowa bowiem słyszała wszystko. Słyszała każde słowo, każde  najlżejsze mruknięcie pod nosem, a czasem wydawało mu się, że słyszy nawet jego myśli. Starał się zatem myśleć jak najmniej, by nie prowokować awantur.
Na bezdechu nasłuchiwał przez kilka sekund.
Tym razem się udało. Poszła sobie. Zatonął w urzekającej ciszy. 

Kędziorek w ogóle był miłośnikiem ciszy. Tę swoją fascynację odkrył niedługo po ślubie, a z czasem urosła ona do rozmiarów fanatycznego uwielbienia. Lubił wsłuchiwać się w tę głuchą melodię, tak rzadką w ich domu, a przez to tak cenną.

Żona jego, Kędziorkowa, nieustannie gadała. Mówiła niepytana o cokolwiek, analizowała zdarzenia, wysuwała sugestie, wątpliwości oraz oskarżenia, zastanawiała się głośno, artykułowała wszystkie myśli, a nawet bezmyślność. Kiedy nie miała już absolutnie nic do powiedzenia, wtedy paplała. Potrafiła powtarzać swoje „tak to jest” i podśpiewywać dopóty, dopóki w jej głowie nie wykluła się jakakolwiek nowa myśl lub nie obudziło wspomnienie historii, którą byłoby warto setny raz przypomnieć i ponownie rozważyć. Albo bolączka lub zarzut, który możnaby godzinami wywlekać...
Tak jak temat płaszcza.

Kędziorek nie miał już siły patrzeć na płaszcz Kędziorkowej, nie był w stanie dłużej o nim słuchać. Czy nie zrobił wystarczająco wiele idąc z Kędziorkową na zakupy i towarzysząc jej dzielnie przy wyborze? Czy można było wymagać od niego więcej?

Zmarnowali w galerii handlowej całe popołudnie, a Kędziorkowi zdawało się nawet, że kilka miesięcy. W czasie, który spędził przed drzwiami kabiny, gdzie jego żona przymierzała kolejne elementy garderoby, schudł, zmizerniał i prawie oszalał. Nie wiedział, co mogła tam tyle czasu robić. Podejrzewał, że aby przymierzyć czapkę, rozbierała się do majtek. Nawet kilkakrotnie. Zachodził w głowę, ale nie śmiał spytać. 
Szacował, że obejrzał ze trzysta płaszczy, a zobaczyć jeden, to jakby zobaczyć je wszystkie. 
Czuł się oszołomiony, jakby wyrwany z letargu i nie wiedział, co powiedzieć, za każdym razem, kiedy po godzinie szamotania się za kotarą w końcu dumnie wychodziła, by spytać „i jak ten?” 
Nie rozumiał. 
Czy nie pokazywała mu się w takim samym już czternaście razy???

Potem zaczęła się zastanawiać, który wybrać.
Głośno biła się z myślami, czy lepszy beżowy w pepitkę, czy ten burgund z patkami. Cynamonowy zbyt brudzący, za to ten khaki idealny do nowych botków. Czekoladowy zbyt ciężki, kasztanowy chyba ją postarza, a taki rudy niedawno kupiła sobie ta spod siódemki. Kamel czy karmel (?) zbyt krótki, to może tabaczkowy?
Kędziorek słuchał zbaraniały. 
Dla niego wszystkie były jednakowe. Brązowe i za drogie. 
Przypomniawszy sobie zeszłoroczny incydent na cmentarzu zasugerował więc, by wybrała najtańszy, jeśli nie mają azbestowych. 
Uwaga ta nie przypadła Kędziorkowej do gustu, bo natychmiast się zjeżyła i zbeształa Kędziorka, by nie zniżał się do poziomu swego podłego kuzyna, Stanisława i jego nędznych żartów. Kędziorek w rzeczy samej nie miał zastrzeżeń do poziomu swego kuzyna Stanisława, a na wspomnienie jego żartów mimowolnie rozdziawił się w uśmiechu, który nieudolnie usiłował zatuszować ziewaniem. 
To fakt, że na widok płonącego zadka Kędziorkowej, Stanisław zaniósł się wielce niestosownym rechotem, ale przecież równocześnie jako jedyny próbował ugasić go wodą z wazonu, a „do piachu z nią!” krzyknął dopiero, stwierdziwszy, że wazon jest na stałe przytwierdzony do nagrobka. Sam Kędziorek zadziałał wtedy odruchowo i, stojąc najbliżej, oklepał żonę trzymanym w dłoniach bukietem chryzantem. I tak dobrze, że nie trzymał doniczkowych. 

Potem chciał jeszcze coś powiedzieć, ale widząc wzrok Kędziorkowej momentalnie zaniechał i bez słowa pozwolił żonie dokonać wyboru.
Od czasu ostatniej niezręczności, której się ustnie dopuścił, a która boleśnie się na nim odbiła, Kędziorek bardzo uważał na słowa. 
A zaczęło się niewinnie, gdy chciał tylko  prześledzić w internecie wieści ze świata.
Zawsze bardzo dbał, by być na bieżąco z informacjami, a wtedy akurat zapoznawał się z portfolio nowej prezydentowej USA. Kędziorkowa tymczasem zaglądała mu przez ramię i kiedy z uwagą analizował rozmiar kompetencji pani Melanii, stwierdziła z pogardą, że jej kompetencje znacznie przewyższają te z Białego Domu. 
Jak baba gruba, to cycki się nie liczą – miał zamiar złośliwie pomyśleć Kędziorek, ale nieopatrznie pozwolił tej myśli wybrzmieć i natychmiast tego pożałował. Na reperkusje nie musiał długo czekać.
Kędziorkowa wprowadziła w czyn wszystkie groźby, dotąd ukryte w książkach kucharskich. Zaczęła stosować diety, które wcześniej tylko spisywała, a porcje zmniejszyła tak radykalnie, że Kędziorek zaczął już kombinować, co by zasymulować, żeby iść do szpitala i tam jako pacjent wreszcie się najeść. Sama Kędziorkowa na diecie tryskała energią i twierdziła, że czuje się świetnie, a Kędziorek uważał, że to niemożliwie i podejrzewał, że podjada, kiedy nie patrzył.
Z goryczą spojrzał na monitor komputera, który szyderczo dawał mu po oczach artykułem „osiem produktów, które skutecznie tłumią apetyt”. Nie musiał tego czytać. Jego apetyt najskuteczniej tłumiła golonka i pierogi z mięsem, ale o nich mógł najwyżej pomarzyć. Kędziorkowa ze szczególną starannością usunęła z jadłospisu wszystkie jego ulubione potrawy. Miał za swoje. Pokutował…
Westchnąwszy smętnie, powrócił do surfowania w internecie.
"Do kogo trafi majątek Prince’a?"
Tego też nie musiał czytać. Obstawiał w ciemno, że nie do niego, choć szczerze uważał, że to błąd. On lepiej spożytkowałby taką kupę szmalu niż jakaś banda zblazowanych bogaczy, którzy z braku lepszych pomysłów, pewnie wciągną go do nosa.
A on, Kędziorek, kupiłby wielką łąkę. Ogromną.
I kosiarkę – traktorek.
I jeździłby sobie po tej łące całymi dniami i kosił trawę w takich wielkich, bardzo drogich ochraniaczach słuchu.
Zawsze marzyła mu się spokojna praca na świeżym powietrzu.
Ale tak po prawdzie to najbardziej marzył o tych ochraniaczach. Wielkich, solidnych, wygłuszających nausznikach.
Nigdy by ich nie zdejmował. Nawet po powrocie do domu.
Zwłaszcza po powrocie…
Echhhhh…

środa, 30 listopada 2016

Kartka z kalendarza wirtualnejmoni. 2.


Śnił mi się celulit. 
Patrzyłam na swoje nogi, a całe uda miałam pofałdowane jak ciasto w karpatce. Ja pierdzielę, co za koszmar. Nie żebym nie lubiła karpatki, ale ten sen był gorszy niż tamten, w którym Mussolini gonił mnie po całych Głębowicach.
Budzę się zlana potem, a może po prostu zlana – sama nie wiem, jestem w szoku – i natychmiast pędzę sprawdzić.
Błąd.
A tak żem czuła, że przekombinuję, już wtedy, gdy na stołku stawałam przed lustrem, żeby obejrzeć swoje dolne partie. I po cholerę? Mało mi było popiersia? Że grzywka zaś stoi jak surykatka, że krosta na dekolcie… Nie! Ja musiałam patrzeć tam, gdzie nie trzeba.
No i okazało się, że jestem gruba. Tak. Jeden rzut oka po całości zakończył moje przyjemne życie w przekonaniu, że czas mnie nie posuwa. Jasna cholera! A przecież jeszcze tak niedawno wyglądałam jak dziewczynka z zapałkami, tylko bez dziewczynki, a wystające obojczyki wydłubywały mi dziury w sweterkach. Tymczasem teraz widzę wyraziście, że ten drań niepostrzeżenie posuwał mnie od tyłu i bez ostrzeżenia oblepił mi dupę słoniną. Co robić? Co robić?
Po pierwsze należy określić skalę problemu, więc od razu łapię miarę krawiecką i mierzę obwody… 
O, KU***!
I jakby jeszcze tego było mało, chociaż wcale nie chcę wiedzieć więcej, coś każe mi paść na kolana i wytargać spod szafki wagę, zetrzeć kurz stopą w skarpecie i stanąć…
Co się zobaczyło, tego się nie odzobaczy. Cholera!
Biorę się za siebie! Tak. I nie od nowego roku, i nie od poniedziałku. Od teraz. Natychmiast zaczynam ćwiczyć.
Włączam pierwszy z brzegu trening z Chodakowską. „Najskuteczniejsze ćwiczenia na brzuch, pośladki i uda”. No i pięknie. Tego mi właśnie potrzeba. No to siup!
Wykonałam z ogromną sumiennością cały zestaw ćwiczeń, więc lecę do łazienki sprawdzić efekty.
Cholera.
Wracam. 
Zawiodłam się na Chodakowskiej, więc przełączam się na „Motywacja non stop”. Są ćwiczenia na brzuch i dupę. Dawać!
Wykonuję cały zestaw ćwiczeń. Bolą mnie lędźwie i uda, ale na brzuchu mięśni ani śladu, więc postanawiam, że to jeszcze nie koniec. Szukam następnych ćwiczeń.
Otwieram kolejny post, na który przypadkiem się natknęłam i oto się dowiaduję, że te moje ćwiczenia, cały mój wysiłek mogę o dupę roztrzaskać, bo powinnam zacząć od spalania tkanki tłuszczowej.
To teraz mi to mówicie???
Ale tak żem czuła, że ten sześciopak to ja już na pewno mam, tylko przykryty tym brzydkim. 
Dobra, to co z tą tkanką? 
Dieta i trening cardio.
Dieta to bardzo brzydkie słowo i w ogóle religia mi zabrania, więc całą swą dziewczęcą ufność pokładam w magicznym cardio. Nie ma chwili do stracenia, więc od razu sięgam po 25-minutowe intensywne cardio z Lacey Stone. Co tu piszą?
„… Dla weteranów fitness przygotowałam tym razem coś ekstra - Max Cardio Challenge Workout z trenerką Lacey Stone. Jest to trening spalający maksymalnie tkankę tłuszczową, wykorzystujący wysokiej intensywności ćwiczenia cardio, wytrzymałościowe oraz plyometryczne…”
Świetnie. To coś dla mnie.
Zaczynam ambitnie i w równym tempie wykonuję z panią Lacey kolejne ćwiczenia. Po paru minutach zaczynam odrobinę sapać i zastanawiam się, gdzie pani Lacey zostawiła zadyszkę. Przy pompkach trochę oszukuję, przy podskokach mam nadzieję, że wstrząsy, które generuję, uda się przypisać tąpnięciom na Piaście czy Ziemowicie. Ale ćwiczę.
Po dwudziestu minutach robię pauzę. Muszę do toalety. Nie wiem, czy dojdę, bo z lekka się słaniam, ale przecież nie poddam się bez walki.
Po powrocie przekonuję się, że tajemnicą sukcesu moich pierwszych dwudziestu minut była siła rozpędu… Teraz nie umiem się już ruszyć. Podskakuję, ale jakoś nie mogę oderwać się od ziemi, potykam się o frędzle dywanu. Zamiast pompki zwalam się na brzuch i tak już w bezruchu pozostaję do końca treningu. A pani nadal pokrzykuje, że idzie mi świetnie i że jest ze mnie dumna. I ja jej wierzę.
W końcu wstaję i sprawdzam wagę. Zepsuta! No przecież to niemożliwe, żebym po intensywnym cardio z panią Lasey i po sikaniu ważyła tyle samo, co przed.
Idę do kuchni, bo przypomniało mi się, że nie jadłam śniadania. Pora już taka bliżej obiadu, więc zastanawiam się, co ugotować. Ciągle chodzi mi po głowie to brzydkie słowo na „d”, ale stwierdzam, że przecież muszą być jakieś granice szaleństwa (przynajmniej u mnie w domu). Gotuję normalny obiad i postanawiam zjadać tylko mięso i kaszę. Kalorie będę wypluwać.
****
Wróciłam z działki.
Jeździłam na rowerze i przekopałam cały warzywnik. Goniłam z taczkami na wysypisko odpadów zielonych. Grabiłam liście. To chyba zasłużyłam na kolację?
Prześladuje mnie myśl o słowie na dy… 
Minęła osiemnasta. Może nie powinnam już dzisiaj jeść? 
Ale jestem głodna. 
Wyrzucam z głowy pokusę hot-doga i decyduję się na śledzika. Dwa płaty. No dobra, trzy. Takie cienkie, że aż żal… no przecież nie zgrubnę po takim chudym śledziu, nie?
Wcale się nie najadłam. Wypijam drugi kubek herbaty, żeby wypełnić żołądek i oszukać ten mój cholerny wilczy apetyt.
Muszę poćwiczyć. Włączam trening na płaski brzuch. 
Macham nogami i myślę o hot – dogu. Z lodówki mruga do mnie parówka, bagietka też się na mnie gapi. No nie powinnam tego jeść, ale skoro już jest… 
Ostatni raz zjem i będzie po sprawie. I więcej nie kupię. Od jutra tylko płatki owsiane i naturalny jogurt. I brokuł. I sraczkopodobne koktajle. I woda mineralna.
Ciekawe, jak szybko się po tym umiera? Bo że się nie da na tym wyżyć, to pewnik, to żeby się chociaż długo nie męczyć…
Z sytym zadowoleniem poplątanym z wyrzutami sumienia odnoszę talerz do kuchni. Smętnym wzrokiem zerkam na lodówkę.
Żegnajcie, paróweczki, żółty serku ukochany. Żegnaj, pizzo. Żegnajcie jajeczka w majonezie. Żegnajcie łazanki i ty, zacny sosie z soczewicy. Żegnajcie fryteczki, naleśniki. Żeberka duszone z cebulką… Papa, moje wspaniałości…
bo ja już muszę iść spać…
wrócę do was jutro z samego rana.



czwartek, 20 października 2016

Kilka zapisków z życia ludzisków... płaszcz...


Kędziorkowa już od dłuższej chwili z podnieceniem przeglądała się w lustrze. Ten nowy płaszczyk, który kupiła z myślą o dniu Wszystkich Świętych był oszałamiający. Właśnie w takim mogła godnie zaprezentować się na cmentarzu, gdzie pierwszego listopada spotka całą bliższą i dalszą rodzinę oraz dawno niewidzianych znajomych. Szczególnie kwaśno myślała w tym roku o kuzynce Halinie spod Częstochowy, która niedawno zmieniła samochód i na pewno zechce się nim chwalić. 
Opel Insomnia. 
Czy coś. 
Pfff! 
Ludzie kompletnie nie mają ręki do tych samochodów - dowodziła siedzącemu przy komputerze i zupełnie niezainteresowanemu jej szykownym wyglądem Kędziorkowi - same felerne egzemplarze widać kupują, skoro tak je muszą zmieniać bez przerwy. Nie to co ich samochód, od blisko dwudziestu lat niezawodna favoritka. No, ale o tym lepiej nie wspominać przy znajomych. To nie jest odpowiedni temat do rozmowy przy grobie. A Kędziorek to niech się lepiej w ogóle nie odzywa. Na żaden temat. Lepiej skupić się na efektownym wyglądzie i bez zbędnych słów pokazać, kto ma klasę. 
W tym momencie Kędziorkowa z goryczą wspomniała swe zeszłoroczne niefortunne wejście między groby. Wtedy również miała na sobie nowiutki płaszczyk i do dziś nie mogła sobie darować, że nie zauważyła, kiedy się zajął. Nikt nie zauważył, dopóki nie zrobiła się z niego… nowiutka kurtka. Ze wstydem przypomniała sobie Kędziorka gorączkowo oklepującego jej płaszcz bukietem chryzantem i pokładającego się ze śmiechu kuzyna Kędziorka, Stanisława. Wtedy największym marzeniem Kędziorkowej było spalić się ze wstydu razem z tym płaszczem i natychmiast zapaść pod ziemię. 
I ten drań, Stanisław, i jego niewybredne żarty… 
No, ale co było, to się nie odstanie. Minął rok i tamtego zdarzenia już z pewnością nikt nie pamięta. Grunt, by tym razem zadać szyku i pokazać klasę! 
A Kędziorek co tak siedzi bez słowa? 
Chyba mógłby od czasu do czasu się odezwać, a nie tylko te internety i internety? I co tam w tym Onecie wyczytał? Chińczycy budują sztuczne Słońce? Chyba z ryżu. No niechże Kędziorek zostawi te bzdury i oceni, jak ten płaszczyk... 
ŁADNY, ŁADNY… Nawet nie popatrzył, a mówi, że ładny. No jasne, że ładny, przecież brzydkiego by nie kupowała, ale czy leży odpowiednio? Czy podkreśla walory? 
Nie zna się! Widzieliście go?! Jak nie potrzeba, to się zna na wszystkim! Godzinami potrafi te swoje mądrości prawić, ale o prostą sprawę spytany, to się nie zna! 
Ale co, że ważne czyta? Oj, żeby on choć raz co mądrego przeczytał. Co tym razem? Znowu odkryli jakiś tajemniczy powód łysienia? Nie trzeba być geniuszem, żeby zgadnąć, że przyczyną łysienia jest wypadanie włosów. Kropka. A Kędziorek pewnie myśli, że tam jakie prawdy objawione wyczyta? Nigdy. A poza tym w Kędziorka przypadku to i tak już dawno po herbacie. Niech się Kędziorek z tym pogodzi i z godnością nosi kaszkiecik. 
Piszą, że jeśli się chrapie, można stracić prawo jazdy? No, jeśli za kierownicą, to to nawet wskazane. Kędziorkowa nie dalej jak wczoraj widziała takiego jednego delikwenta, gdy wracała z zakupów. Nie zauważył jej, gdy szła przez ulicę? Najpewniej chrapał. W ostatniej chwili zahamował, jeszcze ośmielił się trąbić. Bezczelny typek! Pierwszy powinien stracić prawo jazdy. A Kędziorek też niech się ma na baczności, bo jego chrapanie na pewno słychać w starostwie na drugim końcu miasta i tylko patrzeć, jak się o jego dokumenty upomną.
I niech Kędziorek wybije sobie z głowy oglądanie Opla Haliny, jakby w życiu samochodu nie widział! Dla cywilizowanych ludzi to żadne mecyje i nie ma z czego robić widowiska. Zwłaszcza, że Kędziorkowa miała już okazję tym samochodem jechać i doprawdy żadna to rewelacja. I te nowoczesne, głupie fanaberie… 
Kędziorkowa z zawstydzeniem wspomniała tamto upiorne wrażenie. Wrażenie, że nagle mimowolnie popuściła, chociaż w toalecie była przecież tuż przed wyjściem z domu. Rozlewająca się na siedzeniu ciepła plama wpędziła ją w panikę, zanim uświadomiła sobie, że to podgrzewany fotel… Oczywiście nigdy nikomu nie wspomniała o tym żenującym incydencie, ale poczucie upokorzenia pozostało w niej do dzisiaj. A winna temu była Halina. I jej głupi samochód…
Ale, ale! Czy Kędziorek nie próbuje przypadkiem zmieniać tematu, żeby się nie wypowiedzieć o płaszczu? Przecież, u licha, nie trzeba studiów skończyć, żeby zobaczyć, jak ładnie w nim wygląda! Ale Kędziorek tego nie widzi! Bo się nie zna… matoł jeden... O zgrozo! Jakimż ignorantem los ją pokarał… Nie to, co ten ładny pan kucharz z telewizora. Ten i gotuje, i segreguje śmieci. I na telefonach się zna. I w domu złota rączka do remontów, bo nawet najlepszą farbę do ścian potrafi doradzić. I włosy, i marynarka, i wszystko… Ech…
Nagle Kędziorkowa gwałtownie obróciła się na pięcie i bez słowa ruszyła do drzwi, gniewnie powiewając połami płaszcza. Kędziorek jest do niczego, pokaże się zatem Wąsikowej spod szóstki. Przecież ktoś w końcu musi ją skomplementować i potwierdzić trafność jej zakupu. 
Trzasnęły drzwi. 
Kędziorek odetchnął.

niedziela, 12 czerwca 2016

Kartka z kalendarza wirtualnejmoni


9 czerwca.
Obudziłam się wcześniej niż zwykle i od razu zerwałam z łóżka. Dziś ważny dla mnie dzień. Za parę godzin włożę moje obłędne buciki i taki <średnio-bym-powiedział> obłędny, ale niech będzie, czerwony kostium i wystąpię na najprawdziwszej scenie podczas gali tanecznej. W tej chwili mam poczucie, że układu nie pamiętam kompletnie i że jeśli liczba moich pomyłek na scenie będzie jednocyfrowa, to odnotuję spory sukces. Mam stresa. Ale co tam! Co nie dotańczę, to dowyglądam… A zatem trzeba się przygotować.
Śniadanie.
Przypomniałam sobie niedawną rozmowę ze znajomym, który polecał jedzenie na śniadanie jaj sadzonych na oliwie z oliwek. Są sycące, energetyczne, a małe objętościowo i nie rozpychają żołądka. To coś dla mnie!
No to ile tych jaj? Dwa? Dwa. Tak będzie okej. Przypominam sobie, że nie mam oliwy z oliwek, więc zrobię na zwykłej margarynie, a co tam! Mam za to pyszne wiejskie jajeczka od szczęśliwych kurek, które nie musiały chodzić do pracy i wcinały wyłącznie zdrową żywność. Będzie pysznie. Wrzucam jaja na patelnię i ostatecznie postanawiam je rozmyrdać widelcem, bo chyba jednak wolę jajecznicę. Ależ duża ta patelnia. Tylko zabrudziłam ją jajkami, nie będzie co wyskrobać, żeby zjeść, więc wbijam jeszcze jedno jajko. Od szczęśliwej kurki. Samo zdrowie. No dobra, jeszcze jedno, bo jakieś małe te jajka. Zjem bez chleba, żeby się nie napchać. W ogóle powinnam zrezygnować z jedzenia pieczywa. Przynajmniej białego. Strasznie dupa od tego rośnie. Dobra, więc bez chleba. Ale taka jałowa jakaś ta jajecznica. Nie dość, że bez chleba, to jeszcze taką pustą mam jeść tę jajecznicę? Dorzucę plaster szynki dla zapachu. Nawet nie będę go kroić, bo szkoda nóż brudzić dla jednego plasterka, po prostu poszarpię palcami i wrzucę. Skleiły się. Dobra, niech będą dwa. Jaka to różnica?
Wyszła micha jajecznicy. Ależ pachnie. Próbuję. Niezła. Ale czegoś mi jednak brakuje… Chleba. No nic nie poradzę, ale jajecznicy, podobnie jak pomidorów nie lubię bez chleba. No nie przełknę. Malutką kromeczką będę zagryzać. Taką z początku chleba.
Zjadłam jajecznicę z czterema kromkami chleba i popiłam szklanką soku pomarańczowego. Zrobiło mi się całkiem przyjemnie. Właściwie to położyłabym się jeszcze spać, chyba mam jeszcze trochę czasu...?
Ależ nie! Muszę przecież przemalować paznokcie u stóp na czerwono, żeby pasowały do kostiumu (publiczność na widowni z pewnością to wypatrzy) i ze trzy razy chociaż przetańczyć sobie układ dla przypomnienia. Maluję paznokcie przy naszej muzyce i tańczę sobie w myślach, próbując ogarnąć, jak to było tymi rękami… Połączenie między mózgiem a nogami jest zbyt odległe, tego nawet nie ma sensu próbować ogarniać… więc daję nogom wolną rękę…
Pomalowałam. Kładę się na chwilkę, żeby paznokcie wyschły. Pyk! Zasnęłam.
Budzę się z krzykiem! Krzyczę w myślach, bo nie lubię hałasu, ale krzyczę potężnie, bo za chwilę gala, a ja w proszku! Wskakuję w ubranie, myję zęby. Już się nie zdążę pomalować. A, chrzanić to. Wyglądałabym jak pajac. Olewam. Przypomniałam sobie, że nie przećwiczyłam układu. Cholera!
Dla kurażu muszę wypić kieliszek wiśniówki, po tym zawsze się lepiej buja. No gdzie ta wiśniówka?
Po dwóch kieliszkach – lubią się sklejać, zupełnie jak szynka – czuję się znacznie lepiej. Jeszcze ze dwa i takiego Maseraka bym im tam odwaliła, jakiego świat nie widział… ale ostatecznie decyduję, że lepiej, żeby nie zobaczył…  więc odstawiam butelkę i czym prędzej wychodzę z domu. Ufff!

Niech się dzieje wola Nieba! 
W tej peruce zatańczyłam pierwszy taniec - "Dancing Queen" Abby. Cudownie mi zrobiła na psychę. 
Założyłam ją i poczułam się jak w czapce-niewidce. 
Z poczuciem, że nikt mnie nie pozna i że w ogóle to nie ja wyszłam w światła sceny. 
Poszło bezbłędnie. Było super! :)

sobota, 21 maja 2016

Francuski dzienniczek. Dzien pierwszy.


Dziś przyjeżdża Francuz.
Tym, u których w ostatnim czasie nie był żaden Francuz, przybliżę temat. Otóż. 
Przyjazd Francuza nosi znamiona Bożego Narodzenia, gdyż poprzedzony jest gorączkową krzątaniną, sprzątaniem tam, gdzie zawsze wydawało się czysto i zapełnianiem lodówki rarytasami. W sferze emocji to taka osobista matura – chce się dobrze wypaść, w głowie ma się pustkę i w ogóle to najlepiej, żeby już było po.
Ufff.

Chyba o niczym nie zapomniałam? Zaparkowałam samochód tak, żeby Manuel MUSIAŁ  wsiadać z prawej strony. Otwieranie lewych tylnych drzwi jest absolutnie zakazane, gdyż zaledwie wczoraj, biorąc na klatę ryzyko utraty paluchów, błyskawicznym ruchem: przytrzymaj – popchnij – odskocz przytrzasnęłam oberwaną i zwisającą jak kilo kitu uszczelkę. I jest dobrze. I tak ma zostać. 
Ze wzruszeniem pomyślałam o moim przecudnej urody Golfiku II rocznik ’91. Tak pięknie go wysprzątałam. Odkurzyłam i wywietrzyłam, a nawet zawiesiłam odświeżacz powietrza o zapachu caraibian flowers. Głupia sprawa z tym powietrzem. Przy okazji wczorajszego sprzątania auta, odkryłam pod siedzeniem na wpół zgniłą główkę kapusty, która wturlała się tam przypadkowo i pozwoliła o sobie zapomnieć. A że ostatnio nie jeździłam autem, bo korki… No cóż… Karaibskie kwiaty, róbcie, co w waszej mocy!

Ala opowiadała mi, że trzyosobowa rodzina Manuela dysponuje trzema samochodami. Jednym jeździ mama, drugim tata, a trzeci stoi w garażu. Pewnie zepsuty. Pfff. My mamy jeden a porządny.

Przyjechali. Strasznie późno. Mieli być ok. 17:00, a jest 22:30. Szybko się witamy i zaraz ciśniemy do samochodu. Prawa strona, prawa strona… wsadzam kluczyk do zamka z prawej, a Manuel od razu łapie za klamkę z tyłu. No i gdzie z tymi rencoma?! Jeszcze nie pociągnęłam w górę knefelka! Czy ten zabytkowy model wygląda jakby miał centralny zamek?

Wiem z opowieści, że Ala, będąc w zeszłym roku we Francji, porozumiewała się z Manuelem po angielsku. Ja na tym polu nie czuję się zbyt pewnie, więc w samochodzie postanawiam od razu wyjaśnić sytuację. W prostych żołnierskich słowach informuję Manuela, że nie mówię zbyt dobrze po angielsku, więc prawdopodobnie będziemy musieli się wspomagać elektronicznym tłumaczem. Następnie pytam, jak minęła podróż, czy jest zmęczony i głodny…
Cisza…
Nie patrzę na niego, bo kieruję, ale czuję, normalnie czuję zawieszone na moim profilu pełne niezrozumienia spojrzenie. Yhm… chyba czas zrewidować fakty na temat porozumiewania się po angielsku…
Halo! Mówi się! Are you hungry?
„Hungry… no…”
OK. 
OK? Ej, zaraz! Jakie noł? Pół dnia myślałam, co podać na kolację, a ten mi tu wyjeżdża z noł. Nie ma że noł! Będzie jadł i koniec!

Po zastanowieniu rezygnuję z zagadywania do Manu, żeby nie stresować chłopaka. Rozmawiam z Alą, śmiejemy się, żeby czuł, że jest miło, ale nie za bardzo, żeby nie myślał, że z niego.

W mieszkaniu informuję, zapewne niepotrzebnie, żeby się rozgościł, a ja tymczasem przygotuję kolację. Szeroki gest zapraszający oraz wielojęzyczny napis na drzwiach robią dobrą robotę, bo gość reaguje zgodnie z moją intencją.

Nagle wbiega do kuchni i komunikuje: destroyed! Minę ma przerażoną.
Natychmiast rośnie mi ciśnienie. Co się stało? Urwała się roleta? Karnisz? Łóżko rozleciało? Cholera, a jeszcze nawet nie zajrzał do łazienki, gdzie dzień wcześniej skręcałam kabinę prysznicową. Tam mogłabym się spodziewać katastrofy, ale w sypialni?
Biegnę do pokoju i widzę zrozpaczonego Manu prezentującego pogniecione ciasto. Dla mnie. Uffff! Zapewniam chłopaka, że to nic, że takie lubię najbardziej. Dziękuję.

Prezentów jest więcej. Wszystkie najeżone pułapkami. Pudełko apetycznych bezików, które dopiero smakując zidentyfikowałam jako sól do kąpieli, słoik aromatycznego kremu, który okazał się świeczką zapachową, marmurowe kostki – za mało na podmurówkę do altany na działce – które ponoć są czekoladą i jakieś brązowe czopki, które nie wiadomo czym są, bo boimy się sprawdzić.

A Manuel zjadł moją kolację! Cieszę się jak mama, której dziecko pierwszy raz wysikało się do nocnika.
Poszedł się myć, a ja już marzę, by położyć się spać. Jest strasznie późno…
Dobranoc. 

sobota, 12 marca 2016

Tam i z powrotem... ponownie...


Za siedmioma górami, za siedmioma lasami… tak zwykle zaczynają się bajki. A historie moich podróży zaczynają się od… jest już widno, a to oznacza, że jestem spóźniona…
*****
Jest już widno, a to oznacza, że jestem spóźniona.
Gdy 5 czerwca otworzyłam oczy, słońce już bezczelnie zaglądało mi w okna, a niebieska kreska pięła się po szczeblach termometru, wieszcząc upał. Niedobrze. Jako, że jestem szybko nerwowa, wściekłam się od razu i dosadnie wyraziłam, co o tym myślę. Na nic więcej nie starczyło mi czasu. Może umyłam zęby, a może po prostu chciałabym w to wierzyć. Następnie porwałam plecak i czym prędzej, przeskakując po trzy schody, zbiegłam do piwnicy po moją piękną, cudowną, ukochaną Meridkę.
I w drogę.
Ta podróż od początku stanowiła wyścig z czasem. Ponieważ pani pogodynka z tivi zapowiedziała nadciągający chyba znad piekła wyż, a ja pani pogodynce wierzę jak matce własnej, więc chciałam jak najwcześniej wyjechać z domu, w porannym chłodzie pokonać możliwie długi odcinek drogi, a południowy skwar przeczekać w jakimś igloo, chłodni, albo w zasadzie w dowolnym klimatyzowanym pomieszczeniu z wyłączeniem może kostnicy. No i bardzo zależało mi, by do celu dotrzeć przed zmrokiem, bo jazda w ciemności nie należy do moich najulubieńszych. Wyrwałam zatem niczym gepard trasą znaną z mojej poprzedniej wyprawy (dlatego tu jej już nie opisuję, zainteresowanych odsyłam do pierwszej relacji) i z bardzo fajną średnią dwudziestu z haczykiem km/h bez przeszkód dotarłam do Międzybrodzia. Tu przyszła pora na śniadanie i pierwszą refleksję.







Już od jakiegoś czasu, mniej więcej od Porąbki, zaczął mnie nękać dzieciak, siedzący gdzieś za mną, na bagażniku i powtarzający co chwilę: „daleko jeszcze?” Kazał mi raz po raz spoglądać na licznik, normalnie ciągnął mnie za gałki, bym sprawdzała godzinę, prędkości, dystanse…Wciąż się wiercił i pytał, kiedy nareszcie będzie z górki? Nie mogłam z nim wytrzymać. 
Wtedy przy śniadaniu uświadomiłam sobie, że JUŻ jestem zmęczona oraz, co do mnie absolutnie niepodobne, że jeszcze nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. A przecież nie tak miało być, zupełnie nie tak… W tym głupim pędzie zapomniałam, że to nie wyścig, że nie pobijam żadnego rekordu, a jeśli nawet jakiś przypadkiem pobiję, to i tak nikt mi za to nie zapłaci. Co gadam?! Nikt nawet się nie dowie i nie doceni. Psu na budę taki interes… 
Przyszła więc pora na przesterowanie myślenia i wyautowanie dzieciaka z dalszej podróży. Nadszedł czas, by wyluzować, zwolnić i zacząć cieszyć się jazdą. 
Takie coś wymyśliłam w Międzybrodziu i powiem Wam, że błyskotliwość tego spostrzeżenia mnie samą onieśmiela, więc i Wy spokojnie, po ludzku możecie się tą mądrością zachłysnąć.

Kiedy po śniadaniu wyruszyłam w dalszą drogę, była to już zupełnie inna jazda. Pedałowałam bez ciśnienia - banan na gębie, muchy na zębach – i z dziecięcym zachwytem podziwiałam okolicę. Trasę miałam obcykaną, Oczków namierzony. Wiedziałam, że w Tresnej mam odbić w lewo, przejechać przez zaporę, dalej to już bułka z masłem. I z kiełbasą.
O ja ciesz pi***, znowu???!!!

Nie mam wyjaśnienia, jak to się stało, że znów wylądowałam w Żywcu, kiedy już wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, że tym razem pojadę prawidłowo. No dobra, nic na to nie wskazywało, ale przecież mogło się udać. Czy nie mogło?
No posrało mi się, oj tam, oj tam, jednak pogoda była tak bajeczna, krajobraz tak piękny, a przejażdżka tak przyjemna, że nie żałowałam ani jednego nadprogramowego metra.
Płynnie pokonałam prostą aż do Stryszawy. Wprawdzie trochę zaczęło w pewnym momencie wiać i miejscami musiałam nawet z górki jadąc pedałować, bo oczywiście wiało mi w twarz, ale za to drzewa pięknie gięły się na tym wietrze, kłaniając się przede mną, więc miło mi było i w ogóle uważam, że to bardzo ładnie z ich strony.
(tu brak właściwej foty, bo jak się jest głupim, to się fot nie robi, a potem się żałuje. ta z jakiegoś innego momentu trasy. focił Mr G)

Przysłop. Tolkien miał na myśli Przysłop, tylko nie wiedział, jak to się pisze i dlatego napisał Mordor.
Przysłop jak zwykle wycisnął ze mnie siódme poty. W pełnym słońcu i do tego głodna czołgałam się pod górę, wiedziona jedynie perspektywą zjazdu ze szczytu oraz obiadu. Nie dałam się nawet uwieźć drogowskazowi na Smyraki, choć nazwa brzmi obiecująco i trochę kusiło. 
I w końcu się udało. Serio się udało! Gdyby się nie udało, to też bym napisała, że się udało, bo nie przyszłam tu przecież, żeby dudnić o własnej porażce, ale szczęśliwie dotarłam na górę i jest to najprawdziwsza prawda. Brawo ja!
(nie pamiętam, gdzie zrobione. ale trafnie oddaje temat)

No to ziuuuum!
W Zawoi sprawdziłam temperaturę – licznik na stojącym w cieniu rowerze pokazywał 36 stopni. Ręce oraz uda poniżej spodenek miałam spieczone, a twarz buraczaną pomimo, że czapka z daszkiem miała ją osłaniać. W tym miejscu, żebyście nie mieli poczucia, że marnujecie życie czytając same bzdury, powiem Wam, że filtr przeciwsłoneczny nr 30 w takich okolicznościach kompletnie nie daje rady. Mimo, że pierwszy raz posmarowałam się już w domu przed wyruszeniem w trasę, a w drodze jeszcze kilkakrotnie – byłam spalona. Na tak długą ekspozycję filtr nr 50 to absolutne minimum, a najlepiej bloker.


Po obiedzie wstąpiły we mnie nowe siły, a ponadto stwierdziłam, że niespodziewanie dobrze znoszę  temperaturę, więc porzuciłam myśl o przeczekaniu szczytu upału i od razu ruszyłam w dalszą drogę. Nie będę szczegółowo opisywać trasy na Krowiarki, bo o tym poprzednio już było, a poza tym, o dziwo, wcale nie było tak strasznie ciężko, więc nie ma się nad czym rozwodzić. No nie będę tu udawać że łatwizna, albo, że nie zapłakałam ze dwa razy po drodze, ale żeby tam zaraz, że padałam – powstawałam – umierałam - zmartwychwstałam, to nie.

Zjeżdżając z przełęczy przypomniałam sobie cudowny obraz, który poprzednio ujął mnie za serce w Zubrzycy (nie pamiętam której). Wracając wówczas z Zakopca napotkałam stojącą na poboczu drogi staruszkę z krową. Starowinka musiała mieć z milion lat, była maleńka, garbata, a twarz miała tak cudowną, że zwariowałam. Miała w spojrzeniu taką dobroć, ciepło, pogodę ducha, mądrość życiową i spokój, jakiego jeszcze nigdy nie widziałam. Krowa była taka sobie. Jak krowa. Ogromnie wtedy zapragnęłam zrobić zdjęcie, ale powstrzymałam się, bo po pierwsze strasznie się spieszyłam i obiecywałam sobie nie zatrzymywać się na focenie, a przede wszystkim jednak obawiałam się, że kobieta może się nie zgodzić, żebym ją fotografowała. Wstydziłam się poprosić, głupia… Pożałowałam tego niemal natychmiast i dotąd nie mogę sobie wybaczyć… Zjeżdżając zatem ponownie do Zubrzycy zastanawiałam się, jaka jest szansa, że ta staruszka jeszcze tam stoi… Tym razem nie przepuściłabym okazji. Niestety, staruszki nie było. Nie było nawet krowy. Nic.
(mniej-więcej tak to wyglądało)

Przełknąwszy rozczarowanie popedałowałam dalej.
(tu jeszcze dobrze)

W pewnym momencie zorientowałam się, że moja droga wygląda jakoś inaczej niż zwykle.
(tu już mi coś cicho śmierdzi, ale ja nie wierzę)

Wróć! Nie zorientowałam się, tylko wydawało mi się, że mi się wydaje, że jest jakoś inaczej. No bo przecież nie mogło być inaczej (!), więc pomyślałam: „kurde, ale mam dziwaczne wrażenie…”  Po jakimś czasie wrażenie powróciło, zastanowiło mnie również, że minęłam już setny kilometr trasy, a wciąż jeszcze nie dotarłam do tej charakterystycznej tablicy kierunkowej w Jabłonce. Ale co tam! Jechało się świetnie, było, jak nigdy, z górki, więc kto by się przejmował tym „jak nigdy”.
Kiedy minęłam tablicę z napisem „Rzeczpospolita Polska. Granica państwa” uświadomiłam sobie, że przecież tu nigdy granicy nie było! No ja cię sunę, chyba musieli tę tablicę niedawno postawić, ale dziwne, że w wiadomościach o tym nie było. I w ogóle kto wyraził zgodę, by oddać Słowakom część naszej ziemi? Toż to skandal, panie! Jak będę opowiadać we wsi, to mi nie uwierzą! Nie było jednak czasu na głębszą refleksję, bo teren cudownie opadał, jechałam z prędkością 48 km/h bez pedałowania i w tamtym momencie liczyła się wyłącznie dzika przyjemność z tego pędu.
Do rzeczywistości przywołał mnie kolejny napis: „Škola.Dej pozor!”

No to stało się! Zostałam Januszem biegu na orientację i oto stanęłam przed dylematem: zawrócić, czy cisnąć w nieznane?

Teraz szybciutko obstawiamy: którą opcję wybrała Monia?

Oczywiście! :) Nigdy nie zawracam. Jeśli przegapię jeden zjazd, na pewno znajdę następny. Liczy się przygoda, a wszystkie drogi prowadzą tam, dokąd zmierzam… prędzej czy później … ;)
Uznałam, że utarte ścieżki są dla słabych, a poza tym miałam za sobą zjazd, o którym nie chciałam nawet myśleć, że mógłby być podjazdem, więc ruszyłam naprzód. Trzeba jednak przyznać, że jak na Janusza orientacji, kombinowałam całkiem nieźle, bo stając przed wyborem drogi, myślałam:
- że nie mogę jechać prosto, bo pojadę w głąb Słowacji;
- że nie mogę też skręcać w prawo, bo będę się cofać względem Zakopanego, do którego bądź co bądź nadal zamierzałam dotrzeć.
Wybierałam więc drogę w lewo i po przejechaniu kilku (może kilkunastu) kilometrów dotarłam do miejscowości Liesek.

W Liesku wyhaczyłam człowieka w celu zasięgnięcia porady co do dalszej trasy. Zagadnięty pan pięknie po polsku powiedział mi, że dobrze jadę (brawo ja!) oraz poinstruował, że powinnam się kierować na Suchą Horę, gdzie będzie taka wielka „kopa”, a za nią Chochołów.
W duchu modliłam się i zastanawiałam, jaka jest szansa, że „kopa” to po słowacku kupka, rondo, cokolwiek, byle niewielkiego. Wielkie rondo… na to mogłabym się zgodzić…
Niestety. Wielka kopa okazała się zajebistym podjazdem, który nie zostawił na mnie suchej nitki. Byłam potwornie zmęczona, a na dodatek okolica obfitowała:
-  w dzieciarnię ganiającą z piłkami po jezdni,
- w dzieciarnię ganiającą z psami po jezdni,
- w dzieciarnię jeżdżącą po jezdni z gałęziami przymocowanymi do bagażników rowerów
- oraz inne osobliwości, na które nie miałam już siły uważać.
Na szczęście mam talent do języków, więc korzystałam z niego ile wlezie. „Pozor, kurwa, POZOR!”

Kiedy dotarłam do Chochołowa, miałam ochotę ucałować ziemię. I tu znowu walę się w twarz z liścia, z piąchy i z półobrotu, bo po raz kolejny nie zrobiłam tam żadnej fotki. A Chochołów jest tak piękny, że to jest wręcz…. a nie wiem, brak mi słów. Architektura jest bajeczna i obiecuję sobie, że następnym razem na pewno zatrzymam się tam na kilka pstryknięć.

Potem już było „z górki”. Nie żeby tak dosłownie, bo droga przez Witów jest dla zmęczonego rowerowicza niekończącą się wstęgą, ciągnącą się przez wiele kilometrów pod górkę (tak naprawdę to nie wiem ile, ale zdawało mi się, że z tysiąc), niezbyt ostro, ale stale w górę.  Każdy zakręt wydawał się tym ostatnim, za którym rozpoczyna się ta cudowna prostka w dół, ale na ten upragniony moment trzeba było dłuuuugo pracować. Wreszcie się udało.
Ziuuuuuuuuum! Jestem na Krupówkach.

Na koniec tej relacji dopowiem tylko, że okazało się, że jadąc przez Słowację nie nadłożyłam wiele drogi w stosunku do zwykle przemierzanej polskiej trasy. Błąd popełniłam w Jabłonce, gdzie przegapiłam skręt w lewo na Czarny Dunajec i pojechałam prosto na Chyżne. Ale co tam! Niczego nie żałuję  - no może tylko tego, że nie przejeżdżałam przez Podczerwone i nie miałam okazji przywitać się z Panią Sklepikarką. Następnym razem to nadrobię!


Dziękuję Wam za poświęcony na czytanie czas i do zaś, moi Mili :)
wirtualnamonia